poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Michael :)

Michael Gordon Clifford. Twój największy wróg. Nienawidziłaś go. Sama nie wiedziałaś dlaczego. Może dlatego, że popisywał się przed innymi tym, że palił, pił, a czasami nawet ćpał?
Przekroczyłaś próg drzwi szkolnych. Powędrowałaś pod klasę, w której miały odbywać się zajęcia. Usiadłaś pod ścianą i wyjęłaś telefon. Sprawdziłaś Facebooka i inne portale społecznościowe. Po chwili dobrze znany ci chłopak również zjawił się w określonym miejscu. Zasiadł dokładnie na przeciwko ciebie. Bez ukrywania się patrzył prosto na ciebie. Widziałaś go kątem oka. W pewnym momencie nie wytrzymałaś.
- Musisz się tak gapić? - fuknęłaś do chłopaka.
- Zabronisz mi? - odpowiedział surowo.
- Tak, zabraniam ci... - wywróciłaś oczami.
- Mhhh... Stawiasz się... - wstał z miejsca i pokierował się w twoją stronę. Pochylił się nad twoim uchem i szepnął:
- Posłuchaj... Będziesz jeszcze prosić o litość... - po twoim ciele przeszły nieprzyjemne ciarki. Odsunął się, a po sekundzie rozbrzmiał dzwonek na lekcje. W przeciągu minuty uczniowie z twojej klasy ustawili się pod ścianą czekając na wychowawcę. Kiedy starsza blondynka zjawiła się, wpuściła was do pomieszczenia. Zajęłaś miejsce w ostatniej ławce.
- Mam pewną informację, która może wam się spodobać. A więc za tydzień odbędzie się wycieczka - zaczęły się szepty i mały harmider - Będzie ona trzydniowa. Wyjedziemy nad jezioro. Wszystkie potrzebne informacje wysłałam rodzicom na maila, więc proszę przekazać im aby sprawdzili pocztę. Jakieś pytania? - kilka osób podniosło rękę do góry.

***

*dzień wycieczki*
Budzik w telefonie obudził cię o 4:30. Byłaś cała podekscytowana. Walizkę zapakowałaś już wczoraj. Stała ona na przedpokoju i czekała na ciebie. Zbiórkę zapowiedziana była o 6:30 pod szkołą. Wyjęłaś spod kołdry nogi i wyciągnęłaś się ziewając. Wypełzłaś z łóżka po czym spojrzałaś w lustro. Wyglądałaś niczym siedem nieszczęść. Otworzyłaś szafę. Postanowiłaś ubrać coś wygodnego. Pokierowałaś się do łazienki, gdzie wzięłaś prysznic, wykonałaś makijaż i uczesałaś się. Wróciłaś do pokoju po torbę do której schowałaś telefon, ładowarkę i inne pierdoły, które były ci potrzebne. Zeszłaś na dół. Pokierowałaś się do kuchni i przygotowałaś jedzenie na drogę. Gdy skończyłaś, spakowałaś prowiant do torby. Spojrzałaś na zegarek, wskazywał 5:45. Nagle rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Podeszłaś do nich i otworzyłaś je.
- Hej - w ich progu ujrzałaś [I.T.P].
- Hej, nie spodziewałam się, że po mnie przyjdziesz - powiedziałaś zaskoczona.
- Chciałam zrobić ci niespodziankę, ale widzę, że się nie cieszysz... - posmutniała.
- Nie! Oczywiście, że się cieszę! Tylko nie spodziewałam się ciebie tutaj, wejdź - uśmiechnęłaś się - Mamy jeszcze trochę czasu - dziewczyna weszła do środka, a ty zamknęłaś za nią drzwi. Rozmawiałyście jeszcze przez chwilę. Równo o 6:15 wyszłyście z domu. Pod szkołą wszyscy zjawili się punktualnie tylko autokar spóźnił się o kwadrans. Gdy nauczyciele sprawdzili obecność, powiedzieli, że możecie włożyć walizki do bagażnika oraz wejść już do pojazdu, który miał zawieźć was do ośrodka. Standardowo miejsca na końcu zajął Michael ze swoją paczką. Ty i [I.T.P] usiadłyście na środkowych miejscach pojazdu. W czasie podróży słuchałyście piosenek, które kojarzyły wam się ze sobą. Kiedy dojechaliście na miejsce wszyscy wyszli z pojazdu i udali się po swoje bagaże. Ty i twoja przyjaciółka wyszliście ostatnie, bo nie chciałyście się pchać. Gdy wyciągnęłyście swoje walizki, usłyszałyście głos swojej wychowawczyni.
- Dobrze! Halo wszyscy! - nauczycielka próbowała zorganizować zebraną tam młodzież - Słuchajcie! Teraz odbędzie się losowanie pokoi! Proszę ustawić się w rzędzie! Każdy wyłowi karteczkę z numerkiem, a potem dobierzecie się w pary! - wszyscy westchnęli. Kiedy każdy wykonał polecenie nauczycielki zaczęło się losowanie. Przyszła pora na ciebie. Zanurzyłaś dłoń w małym koszyczku i chwyciłaś za jedną z kartek. Wyjęłaś powoli i przeczytałaś jej zawartość w myślach. 15. 
- Jaki masz? - spytałaś przyjaciółkę.
- 20, a Ty?
- 15... - westchnęłaś.
- Tylko pięć pokoi dalej, dobre i to! - próbowała podnieść cię na duchu.
- Dobrze! A teraz dobierzcie się w pary! - postanowiłaś poszukać nowego współlokatora. 
- Kto ma 15? - chodziłaś wśród tłumu i pytałaś z nadzieją, że trafiłaś na kogoś kogo lubiłaś. Po chwili zza pleców usłyszałaś dobrze ci znany męski głos. Michael.
- Ja mam 15 - odwróciłaś się i spojrzałaś na chłopaka. Tylko nie on...

***

Siedziałaś u siebie w pokoju i rozpakowywałaś się. Nadal nie mogłaś wierzyć w to, że musisz dzielić pokój ze swoim wrogiem. Po chwili Michael wszedł do pokoju ze swoją walizką.
- Witam! - przywitał się fałszywie.
- Musisz? - mruknęłaś niewyraźnie.
- Co muszę?
- Zaczynać kłótnie... - spojrzałaś prosto w jego zielone tęczówki.
- Posłuchaj... - zasiadł obok ciebie na twoim łóżku. Usiadłaś po turecku zwracając się w jego stronę - Odbudujmy nasze relacje, co? Nie chcę już się kłócić z taką śliczną dziewczyną - uśmiechnął się przyjacielsko.
- Naćpałeś się czegoś? - nie mogłaś uwierzyć w jego słowa.
- Czemu tak sądzisz? - zaśmiał się.
- Bo nigdy tak byś do mnie nie powiedział... - wstał z łóżka i usiadł centralnie na przeciwko ciebie.
- A jednak... To jak? Zgoda? - wyciągnął dłoń w celu pogodzenia się.
- Zgoda - uścisnęłaś jego dłoń.
- Przyjaciele?
- Przyjaciele - przytuliliście się.
- Co robimy? - spytał.
- Muszę się rozpakować, tobie też radzę - zachichotałaś. Podczas układania ubrań do szafek, wygupialiście się jak starzy znajomi. Rzucaliście w siebie koszulkami, poduszkami i skarpetkami. Całą wycieczkę spędziliście we trójkę: Ty, Michael i [I.T.P] ale ostatni dzień spędziłaś tylko i wyłącznie z Michaelem. Poszliście przejść się nad jezioro. Księżyc wisiał już na niebie, a liczne gwiazdy mu towarzyszyły. Podeszliście do brzegu. Widok był niesamowity. Usiedliście na zimnym piasku obserwując niebo.
- Piękny widok, nieprawdaż? - Michael objął cię ramieniem.
- Tak... - wyszeptałaś. Położyłaś głowę na ramieniu chłopaka. Zielonooki pocałował cię w czubek głowy. Uśmiechnęłaś się lekko rumieniąc. Potarł dłonią o twoje plecy. Splótł wasze dłonie, a ty na nie spojrzałaś i uśmiechnęłaś się.
- [T.I]... - wyszeptał.
- Tak? - podniosłaś głowę by zobaczyć chłopaka. Wpatrywałaś się w jego oczy. Po chwili poczułaś jak chłopak złącza wasze usta w delikatnym pocałunku.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Luke ^^

Wakacje. Ciepłe wakacje. To było to. W końcu mogłaś odpocząć od codziennej szkolnej rutyny. Teraz mogłaś budzić się w południe i nikt nic nie powiedział, że spóźnisz się do szkoły. Tak było do czasu... do czasu kiedy twoich rodziców zastał kryzys i musiałaś znaleźć pracę. Musiałaś zarobić "parę groszy" by stać cię było na książki do następnej klasy. Szukałaś ogłoszeń w gazetach... Do jednych byłaś za młoda... Do drugich wymagano większego wykształcenia... Do trzecich już kogoś znaleźli... Miałaś na sumieniu to, że nie jesteś w stanie pomóc rodzicom. Nagle oświeciło cię. Złapałaś za telefon i zadzwoniłaś do swojej przyjaciółki.
- Hej, [I.T.P]!
- Hej, [T.I], co tam? - spytała.
- Nie zbyt dobrze, więc potrzebuję twojej pomocy...
- Słucham, więc... - zachichotała z twojego poważnego głosu.
- No więc... Moi rodzice mają kryzys i nie mają pieniędzy... I tak sobie pomyślałam, że twoja mama ma sklep... no i... mogłabym jej w czymś pomagać... - zaczęłaś się jąkać.
- [T.I], mogłaś tak od razu! Słuchaj... w takim razie przyjedź do mnie i obgadamy całą sytuację, okey?
- [I.T.P]! Wiedziałam, że zawsze mogę na tobie polegać! Kocham Cię! Zaraz będę! - pożegnałyście się i rozłączyłyście. Bardzo lubiłaś mamę twojej "siostry", więc nie mogłaś się doczekać bycia jej pracowniczką. Postanowiłaś nie zwlekać i od razu pojechałaś do miejsca zamieszkania przyjaciółki. Zapukałaś do drzwi i poczekałaś aż drewniana konstrukcja się odtworzy. W jej progu ujrzałaś wysokiego blondyna. Miał na imię Luke. Był on bratem [I.T.P]. Od kiedy pierwszy raz go zobaczyłaś, od razu się w nim zauroczyłaś.
- Cz-cz-cześć... Ja do twojej siostry... - zaczęłaś się jąkać i zarumieniłaś się.
- Proszę, wejdź - odtworzył szerzej drzwi byś mogła swobodnie wejść do środka.
- Dzięki - podziękowałaś cicho z zawstydzenia. Chłopak to zauważył i zachichotał cicho przez co jeszcze bardziej się zarumieniłaś.
- [I.T.P]! Piękna do ciebie przyszła! - od zawsze do ciebie tak mówił. "Piękna"... gdy tylko usłyszałaś to słowo z jego ust skierowane do ciebie, czułaś motylki w brzuchu.
- Już schodzę, gamoniu! - idealnie do siebie pasowali jako rodzeństwo. Starszy brat i młodsza siostra, jak to słodko wyglądało kiedy wyzywali się od gamoni, dekli i głupków. Tylko pozazdrościć, ponieważ byłaś jedynaczką.
- Hej! - przywitałaś przyjaciółkę i rzuciłyście się sobie w ramiona - To jak?
- Mama jest już w salonie... Chodź! - pisnęła z podekscytowania i szarpnęła za nadgarstek.
- Dzień Dobry! - przywitałaś rodzicielkę przyjaciółki. Usiadłyście na kremowych sofach i zaczęłyście omawiać jak wyglądałyby twoje obowiązki w sklepie. Na wszystko się zgodziłaś, ponieważ mogłaś pracować od rana do wieczora aby zarobić pieniądze na chleb. Po wszystkich nie domówieniach, ustaliłyście grafik. Nie był on zbytnio wymagający. Na koniec uścisnęłaś w podzięce starszą blondynkę i wyszłaś żegnając się z Lukiem lekkim przytulasem. Wyszłaś z [I.T.P] przed jej dom by porozmawiać na osobności.
- I jak? - spytała.
- Co "i jak"? - zachichotałaś.
- I jak z Lukiem?!
- O ci chodzi? - zarumieniłaś się i próbowałaś to ukryć.
- Podoba ci się... - zaśmiała się i szturchnęła cię w ramię.
- Nie prawda... - jeszcze bardziej się zarumieniłaś.
- To czemu jesteś czerwona jak burak?
- Bo jest gorąco...
- Dobra, dobra, ja wiem swoje - zaśmiałyście się - Tylko mama nie powiedziała ci jednej rzeczy...
- Jakiej? - spytałaś zaniepokojona.
- Będziesz na tej samej zmianie z Lukiem.
- Co?!

***

*pip! pip! pip!* 
Szukałaś dłonią telefonu, który budzik ustawiony miał na godzinę 7.00. Tak, dokładnie... Godzina 7.00 w wakacje. Ale cóż... czego nie zrobi się dla rodziców. Wstałaś leniwie z łóżka i wyciągnęłaś się. Założyłaś ciepłe kapcie w pandy i posunęłaś do szafki by przygotować sobie ciuchy, które miałaś założyć do pracy. Wybrałaś czarne rurki i biały t-shirt. Pokierowałaś się do łazienki. Przebrałaś się i wykonałaś makijaż, a włosy związałaś w niedbałego kucyka. Gdy zjadłaś śniadanie, umyłaś zęby i spakowałaś do torby potrzebne ci rzeczy. Po tych czynnościach, zapukałaś cichutko do pokoju rodziców i odtworzyłaś drzwi. 
- Mamusiu... ja wychodzę... - szepnęłaś by nie obudzić taty.
- Córeczko... - wstała z białego łoża i podeszła do ciebie - Dziękuję... - łza pojawiła się w jej oku.
- Wy przez całe moje życie pracowaliście dla mnie, więc teraz pora bym ja pracowała dla was... - w tym momencie rodzicielka rzuciła ci się w ramiona i zaczęła szlochać.
- Dziękuję, że nam pomagasz w tak ciężkich chwilach... Dziękuję... - potarła dłonią twoje plecy.
- Mamo... nie płacz, proszę... - głos zaczynał ci się załamywać.
- Dobrze, już dobrze... - odsunęła się od ciebie i podciągnęła nosem - Idź już... - wymusiła uśmiech, a ty pokierowałaś się do wyjścia. Zamknęłaś za sobą drzwi i wsiadłaś na swój czarny skuter. Pojechałaś nim pod sklep, w którym zaczynałaś pracę za kwadrans. 
- Dzień Dobry! - przywitałaś pracowników i mamę [I.T.P].
- Dzień Dobry, piękna! 
- No super... Teraz nawet Liz będzie mnie tak nazywać... - pomyślałaś.
- Tutaj masz swój strój - podała ci niebieski fartuch w białe kropki - Idź się w to przebierz na zapleczu i przyjdź tu do mnie - uśmiechnęła się przyjaźnie. 
- W porządku... - wycedziłaś nie chętnie. Takie wdzianko nie było kompletnie w twoim stylu, ale to tylko ubranie. W sumie to każdy tutaj w takim pracował. Pokierowałaś się więc na zaplecze. Ściągnęłaś bordową bluzę, która była dla ciebie zdecydowanie za duża, ale lubiłaś takie. Na białą koszulkę założyłaś otrzymaną odzież. Trudziłaś się by zawiązać kokardkę na plecach przez pięć minut. Na próżno. W pewnym momencie usłyszałaś, że drzwi się otwierają. W ich progu zobaczyłaś Luka. Zarumieniłaś się, bo byłaś w dość nie korzystnej dla ciebie pozycji. 
- Ymmmm... Pomóc ci może... ? - zachichotał na twój widok.
- Gdybyś mógł... - przybrałaś barwę buraka. Chłopak zbliżył się do ciebie i zawiązał fartuch - Dziękuję... 
- Nie ma za co - uśmiechnął się. Wyszłaś z pomieszczenia zawstydzona i posunęłaś do mamy przyjaciółki. 
- Gotowa! - oznajmiłaś ochoczo.
- Wspaniale! Przejmiesz kasę? Muszę iść do magazynu po towar.
- Nie ma problemu - uśmiechnęłaś się i stanęłaś za kasą. Obsłużyłaś pierwszych klientów i życzyłaś im miłego dnia. I tak minął ci cały dzień. W tym dniu pracowałaś wyjątkowo do 22.00, ponieważ musiałaś przejąć zmianę taty [I.T.P]. Zasypiałaś. Nie miałaś już sił, aż w pewnym momencie zza twoich pleców usłyszałaś krzyk Luka.
- [T.I]! Włamują się! Szybko! Dzwoń na policję! - wydarł się jak poparzony.
- Dobra, już!!! - sięgnęłaś do telefon. Miałaś już wybrany numer, ale blondyn zaśmiał się w niebogłosy - Co się cieszysz? - spytałaś zdezorientowana.
- Nabrałaś się, piękna! - jeszcze bardziej się zaśmiał i podszedł do ciebie.
- Nie odchodź do mnie, idioto! - zachichotałaś. On jednak nie posłuchał i przybliżył się do ciebie tak blisko, że dzieliły was jedynie milimetry. Pochylił się nad twoim uchem i szepnął:
- Piękna... jesteś piękna...

sobota, 18 kwietnia 2015

Michael :p

*mjuzik*

Biegłaś ze łzami w oczach. Potykałaś się o własne nogi. Pojedyncze kosmyki włosów opadały ci na twarz. Kiedy twe nogi traciły siłę, zaczęłaś zwalniać, ale nie chciałaś tracić prędkości.
- Słuchaj... Mama miała wypadek... Lekarze powiedzieli, że już nic nie da się zrobić... Przykro mi... Bardzo chciałbym być teraz przy Tobie, ale nie mogę wziąć wolnego w pracy... ale obiecuję, że przylecę najszybciej jak tylko będę mógł... 
Słowa twojego ojca obijały się o twoje uszy niczym echo, które nigdy nie miało się skończyć... Dlatego płakałaś... Już nigdy jej nie przytulisz...
Biegłaś przez ciemne uliczki. Do twoich uszu dobiegały tupania trampek, które miałaś na sobie. Słone łzy zamazały ci pole widzenia. Czułaś się samotna, ponieważ twój ojciec pracuje i mieszka za oceanem, a mama nie żyje. Byłaś jedynaczką.
Gdy już kompletnie nie miałaś sił, przystałaś opierając dłonie o kolana. Oddychałaś głośno i szybko. Próbowałaś złapać tchu. Gdy już go wyrównałaś, usiadłaś na krawężniku przy drodze. Podkuliłaś nogi i znów zaczęłaś płakać. Co jakiś czas podciągałaś nosem. Tusz do rzęs spływał po twoich bladych policzkach. W pewnym momencie poczułaś, że ktoś się do ciebie dosiada. Podniosłaś twarz i ujrzałaś zielonowłosego chłopaka. Uśmiechnął się do ciebie i potarł dłonią o twoje plecy.

- I wish that I could wake up with amnesia
And forget about the stupid little things...
 

- zaśpiewał kawałek nieznanej ci do tej pory piosenki. Uśmiechnęłaś się, lecz łzy napływały do twych oczu - Masz tak śliczne oczka, które nie powinny płakać, więc czemu to robią? - spytał, a ty się zarumieniłaś.
- Nie chcę o tym mówić... - odpowiedziałaś załamanym głosem.
- Rozumiem... nie będę naciskał... To może chociaż powiesz mi co poprawiło by ci humor, co? - uśmiechnął się.
- Nic mi nie poprawi humoru... Nie trać na mnie czasu... - pokiwałaś głową bezradnie i wstałaś z miejsca. Chciałaś już odejść, ale nieznajomy złapał cię na nadgarstek i pociągnął lekko. Teraz byłaś zwrócona do niego twarzą. Dokładnie oglądałaś każdy zakamarek jego twarzy. Dzieliły was centymetry. Po dłuższej chwili spytał:
- Co się tak gapisz? - zachichotaliście przez co za twych ustach zagościł szeroki uśmiech - O wiele lepiej...
- O co ci chodzi... ?
- O twój uśmiech... Masz być cały czas uśmiechnięta... - pogłaskał kciukiem twój policzek z delikatnością.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Calum ;p

Znałaś Caluma od przedszkola. Bawiliście się razem w piaskownicy robiąc królewskie pałace oraz rozmaite babki z piasku, którym groziliście, że jeśli się nie udadzą, zjecie je. Za każdym razem gdy te wspomnienia wracały ci do pamięci, uśmiechałaś się pod nosem. W szkole podczas przerw zawsze zerkałaś na chłopaka kiedy rozmawiał z jakąś nie znaną ci dziewczyną. Próbowałaś tłumaczyć sobie, że nie jesteś zazdrosna lecz znałaś prawdę - byłaś cholernie zazdrosna... Czasami byłaś przekonana, że on zupełnie nic do Ciebie nie czuje, tylko przyjaźń.
- Hej [T.I]! - wzdrygnęłaś z przestraszenia, które zafundował ci twój skośnooki przyjaciel.
- Jezu, Calum! - złapałaś się za klatkę piersiową by móc złapać oddech.
- Przepraszam... - uśmiechnął się przyjaźnie - Co Ty taka smutna?
- Zamyśliłam się...
- A o czym ty tak myślisz? Codziennie taka zamyślona chodzisz... Coś się stało? - dopytywał.
- A co? Książkę piszesz? - w tym momencie wybuchliście śmiechem.
- Ok, ok... nie wnikam - opanował śmiech i pokazał szereg białych zębów - Masz na dzisiaj jakieś plany?
- Wiesz co... ? Nie, na dziś nie mam, a proponujesz coś? - podniosłaś jedną brew wyżej podejrzewając, że zaprosi cię na randkę.
- Tak sobie ostatnio myślałem... - podrapał się za karkiem - Może miałabyś ochotę, żebyś dziś do mnie wpadła? Mam wolne mieszkanie i... - momentalnie poczułaś motylki w brzuchu - ...więc masz ochotę do mnie przyjść?
- Tak, tak... - zarumieniłaś się. Sekundę później na korytarzach szkolnych rozbrzmiał dzwonek symbolizujący lekcje matematyki. Głośno wypuściłaś powietrze z ust wiedząc co się szykuje.
Procenty, pierwiastki, ułamki, liczby algebraiczne, i tak dalej i tak dalej... Jak zwykle siedziałaś podparta brodą o dłoń. Od czasu do czasu zerkałaś na Caluma wygupiającego się z Angeliką - najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Wiadome było, że Cal się jej podobał. Kilka razy byli ze sobą, ale się rozstawali i znowu byli razem i się rozstawali i znowu byli razem i tak w kółko... Matematyczka nie jednokrotnie zwracała im uwagę lecz na próżno. Uśmiechałaś się pod nosem kiedy Calum się śmiał. Uwielbiałaś jego śmiech. I tak... znowu się zamyśliłaś...
- [T.I]! Proszę podać odpowiedź! - nakazała nauczycielka o krótkich blond włosach.
- Słucham... ? - jak zwykle nie wiedziałaś o czym była mowa na lekcji.
- To co słyszałaś, podaj odpowiedź - powtórzyła z bardziej rozżarzonym głosem.
- Nie słuchałam, proszę Pani... - wzdychnęłaś. Z drugiego końca klasy gdzie siedziała Angela z przyjaciółeczkami wraz z Calumem usłyszałaś chichoty. Odwróciłaś się w ich stronę i wywróciłaś oczami.
- Dobrze, w takim razie ocena nie dostateczna czy uwaga?
- Jak Pani wygodniej... - po otrzymanej uwadze, tym razem spróbowałaś bardziej skupić się na matematyce niż na przyjacielu. Po usłyszeniu dzwonka wszyscy wybiegli z pomieszczenia, a ty powoli zmierzałaś do wyjścia.
- [T.I]... - rzekła tym razem o wiele łagodniej nauczycielka.
- Tak?
- Podejdź do mnie - wywróciłaś oczami - Zauważyłam, że chodzisz zamyślona i nie masz kontaktu ze światem... Coś się dzieje? Jakieś problemy w domu? Mi możesz powiedzieć - uśmiechnęła się przyjacielsko.
- Proszę... ? Nie mam żadnych problemów w domu - pokręciłaś przecząco głową.
- To w takim razie co się dzieje?
- Nic proszę Pani... Po prostu tak jakoś...
- W porządku, ale gdyby coś... To wiedz, że możesz do mnie przyjść i wszystko powiedzieć, okey?
- Okey - uśmiechnęłaś się, a ona potarła przyjacielsko twoje ramię dłonią. Opuściłaś klasę po czym pokierowałaś się do szafki, w której trzymałaś książki. Gdy dotarłaś do celu, z kieszeni czarnych rurek wyjęłaś malutki srebrny kluczyk. Włożyłaś go do przeznaczonego dla niego otworu i przekręciłaś w prawo. Po pociągnięciu do siebie drzwiczki posłusznie się otworzyły dzięki czemu mogłaś włożyć tam nie potrzebne ci podręczniki. W pewnym momencie ktoś oparł się o szafkę obok co można było poznać po głośnym huku.
- Kogo my tu mamy... - skrzekliwy głos Angeliki mogłaś poznać dosłownie wszędzie. Chwilę później zza jej pleców wyłoniły się jej trzy najlepsze przyjaciółeczki.
- Angela... - wywróciłaś oczami mając nadzieję, że dziewczyna da ci spokój.
- Skarbie, widzę, że się cieszysz, że mnie znowu widzisz! - zaśmiała się jak typowy plastik.
- Tak, bardzo - uśmiechnęłaś się sarkastycznie - A teraz możesz dać mi spokój? Proszę, jestem umówiona...
- Ooooooo... A z kim to?
- A to raczej nie powinno cię interesować.
- No właśnie Angeliko... - dobrze znany ci głos wywołał ciarki na twojej skórze.
- Ca, Ca, Ca, Calum?
- Nie, Święty Mikołaj - wywróciłaś oczy. Chłopak zachichotał, a trzy plastiki odeszły z waszego grona. Teraz zostaliście tylko we trójkę: Ty, Calum i Angelika.
- O co chodzi, kochanie? - spytała sztucznie brunetka o brązowych oczach.
- Nie mów tak do mnie - skośnooki gotował się od środka. Było to doskonale widać po mimice twarzy.
- Ohhhh... Caluś... Nie bądź aż taki zły... Nie pamiętasz jak było nam razem dobrze?
- Nie, nie było... A teraz daj nam święty spokój - próbował się opanować aczkolwiek nie udawało mu się to w pełni. Ty tylko przyglądałaś się całej sytuacji.
- Dobrze, jak sobie życzysz - wzdychnęła - Ale kiedy będziesz chciał po mnie wrócić... - zamyśliła się przez chwilę - Będziesz mnie prosił na kolanach żebym ci wybaczyła - po odejściu podziękowałaś chłopakowi i zakluczyłaś szafkę.

***

Od Calum: Idziesz już? :D
Do Calum: Tak, tak! Już idę! :p
Na wyjście z Calumem ubrałaś się w czarną tunikę z srebrnymi cekinami. Na nogach znalazły się czarne legginsy, a na małych stopach czarne baletki. Kiedy już stałaś pod drzwiami przyjaciela czułaś motyle w brzuchu. Nagle drewniana ściana na zawiasach otworzyła się, a w ich progu stanął Calum. 
- Hej... wejdź -uśmiechnął się przyjacielsko.
- Dziękuję - odwzajemniłaś gest i skłoniłaś się jak księżniczka w średniowieczu. Zachichotaliście oboje. 
- A co to? Na pogrzeb jedziesz? - zaśmiał się czarnowłosy.
- A tak jakoś wyszło... - zarumieniłaś się.
- Chcesz się czegoś napić?
- Tak poproszę - uśmiechnęłaś się i poszliście do kuchni - Jesteś sam?
- Tak... Rodzice wyjechali do ciotki, a Mali jest u koleżanki, więc postanowiłem, że zaproszę ciebie, bo w sumie to dawno już u mnie nie byłaś...
- Nom... Już zleciały dwa miesiące o ile się nie mylę - zaśmiałaś się.
- Faktycznie... Musisz o wiele częściej do mnie wpadać. Masz na coś ochotę?
- Bitwa na poduszki? - zachichotałaś.
- Okeeey... - uśmiechnął się szatańsko. Pobiegł z stronę salonu i chwycił za pierwszą lepszą pierzynę. Zamachnął się i uderzył cię w ramię. Zaczęliście śmiać się jak małe dzieci. Po dłużej trwającej chwili zakończyliście zabawę z powodu zmęczenia. Opadliście na kanapę ciężko oddychając.
- Brakowało mi tego... - westchnęłaś.
- Czego? - spojrzał na ciebie.
- Wygłupiania się z tobą - zachichotałaś.
- Mi również... To co teraz?
- Film?
- Oglądałaś: "Gwiazd naszych wina"?
- Nie...
- To musisz obejrzeć! - chłopak zerwał się z kanapy jak poparzony i podszedł do telewizora. Podłączył DVD i włożył płytę z nagranym filmem. Gdy wszystko było gotowe położył się obok ciebie, a seans się zaczął. Podczas oglądania ryczałaś jak głupia wtulając się w tors chłopaka. Zauważyłaś, że w oku brązowookiego również pojawiła się mała łezka. Po filmie miałaś całe spuchnięte oczy na co zachichotał.
- I co się śmiejesz?! To nie było ani trochę śmieszne!
- Wyglądasz jak panda! - nie mógł powstrzymać śmiechu i zaczął turlać jak małe dziecko trzymając się za brzuch. Również parsknęłaś śmiechem na jego widok. Pokierowałaś się do łazienki by zmazać swój rozmazany makijaż. Była już bardzo późna godzina, więc postanowiłaś poinformować Caluma, że musisz wracać już do domu. W tym celu powędrowałaś do salonu.
- Muszę już wracać...
- Nie! Zostań na noc! Proszę... - zrobił smutną minkę. Nie mogłaś się powstrzymać. Zgodziłaś się. Gdy już się przebrałaś w dresy brązowookiego spytałaś:
- Okey, gdzie mam spać? - położyłaś dłonie na biodra.
- Ze mną... - uśmiechnął się szczeniacko Calum.
- Ty chyba sobie żartujesz... Idę spać w salonie, dobranoc - wyszłaś z pokoju chłopaka. Powędrowałaś do pokoju jego rodziców. Kiedy leżałaś już na gigantycznym łożu zamknęłaś oczy i momentalnie zasnęłaś.

***

Krzyknęłaś. Obudziłaś się cała spocona z przerażenia. Nagle w pokoju, w którym się znajdowałaś momentalnie zrobiło się jasno.
- [T.I]! Wszystko dobrze? - spytał skośnooki.
- Tak, tak... To tylko zły sen... tylko zły sen... - powtarzałaś by się uspokoić.
- Zostać z tobą?
- Gdybyś mógł... - czarnowłosy wślizgnął się pod kołdrę, a ty się w niego wtuliłaś. Opatulił cię ramieniem dzięki czemu mogłaś spokojnie zasnąć.
Obudziłaś się słysząc bijące serce. Uśmiechnęłaś się pod nosem.
- Dzień Dobry... - wyszeptał Calum z zamkniętymi oczami.
- Dzień Dobry... - odpowiedziałaś.
- Ślicznie wyglądasz jak śpisz - nic nie odpowiedziałaś, bo zarumieniłaś się, a skośnooki to zauważył, ponieważ zachichotał. Zawstydzona wstałaś z łóżka.
- Gdzie idziesz? - spytał podnosząc się na łokciach.
- Ubrać się - skinął, a ty posunęłaś do łazienki. Przebrałaś się w wczorajsze ubrania i rozczesałaś włosy. Wykonałaś makijaż i wyszłaś z pomieszczenia. Pokierowałaś się do kuchni, w której znajdował się... nagi Calum?
- Ymmm... Cal? - spytałaś z zawstydzeniem.
- Cholera! [T.I], nie patrz! - próbował się zasłonić patelnią, która leżała nie daleko niego. Ty zasłaniałaś oczy dłońmi.
- To ja może pójdę do salonu... - zawstydzona pokierowałaś się do salonu. Po kwadransie chłopak oświadczył iż jajecznica jest gotowa do spożycia.
- Ubrałeś się? - spytałaś chcąc mieć pewność iż nie zastaniesz takiego samego widoku jak wcześniej.
- Tak, tak... - odpowiedział. Weszłaś do kuchni. Usiadłaś przy stole, a skośnooki nałożył porcję usmażonych jajek na talerz i położył naczynie przed tobą.
- Ketchupu?
- Poproszę - podał ci czerwone opakowanie. Odtworzyłaś je i polałaś zawartość na parujące jajka. Sięgnęłaś po kromkę chleba posmarowaną masłem - Smacznego - uśmiechnęłaś się do piwnookiego, a on odpowiedział ci tym samym. Podczas posiłku rozmawialiście o planach na wakacje. Po śniadaniu umyłaś zęby po czym pograliście w FIFĘ. Lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy... Musiałaś wracać już do domu. Ubrałaś buty i pokierowałaś się do wyjścia. W progu drzwi przytuliłaś się z chłopakiem na pożegnanie.

*5 lat później*
Ty i Calum jesteście szczęśliwym małżeństwem. Podczas nocy poślubnej spędziliście upojną noc. Postanowiłaś zrobić test ciążowy. Weszłaś do łazienki cała zestresowana. Po 10 minutach już wszystko było wiadome. Spuściłaś wzrok spoglądając na przedmiot. Znałaś wyniki. Postanowiłaś zadzwonić do bruneta, który aktualnie znajdował się w trasie.
- Cal? Nie przeszkadzam?
- Nie kochanie. Coś się stało?
- Nie, nie... Posłuchaj, muszę coś ci powiedzieć... - chłopak wyczuł twoje zaniepokojenie - Jestem w ciąży...
- Co? - spytał zaskoczony.
- Jestem w ciąży... Nie cieszysz się?
- Nie no... Oczywiście, że się cieszę się...
- Kiedy wracasz do domu? - byłaś zaciekawiona odpowiedzią.
- Postaram się jak najszybciej, obiecuję. Dobrze, muszę już iść, bo za kwadrans mamy koncert. Kocham Cię!
- Kocham Cię... - mruknęłaś i rozłączyłaś się. Jak zwykle byłaś zawiedziona. Bardzo zależało ci na tym by przyszły ojciec twojego dziecka był przy tobie. Mieszkałaś sama. Po ślubie kupiliście wielką willę na obrzeżach Sydney. Posiadaliście piękne widoki zza okien. Przedstawiały one ocean i mały las. Gdy czułaś się samotnie siadałaś na balkonie i myślałaś o przyszłości. Jak to jest być matką. Uwielbiałaś przypominać sobie czasy szkolne kiedy się poznaliście. Wtedy nie był w zespole, a teraz owszem. Ale musiałaś się z tym pogodzić.

***


- Tak, słucham? - odebrałaś telefon.
- Hej kochanie - przywitał cię ciepło skośnooki.
- Hej - mruknęłaś.
- Wszystko w porządku? - spytał z troską czarnowłosy. 
- Calum! Ty się jeszcze pytasz czy wszystko w porządku?! Jestem już w piątym miesiącu ciąży, a nie widziałam cię już przeszło osiem! Ty sobie jaja robisz?! Zaraz urodzę dziecko, a ty nawet nie ruszysz dupy, żeby do nas przylecieć!
- Kochanie... to jest trasa... Ja nie mogę przylecieć sobie kiedy tylko chcę... - odpowiedział spokojnie.
- Gówno mnie to obchodzi! Jeśli nie przylecisz do Sydney w przeciągu 24 godzin, obiecuję ci, że nigdy nie zobaczysz swojej córki!
- [T.I]... To dziewczynka... ?
- Tak! Gdybyś się nami interesował to zadzwoniłbyś do nas! - wydarłaś się do słuchawki i rozłączyłaś. Popłakałaś się jak mała dziewczynka. Nie potrafiłaś już tak żyć... Sięgnęłaś po sznurek leżący w kuchni na półce. Zawiązałaś na nim pętelkę i pokierowałaś się do łazienki. Drugi koniec liny przewiesiłaś przez stalowe rury, które nie służyły do niczego. Przywiązałaś ją bardzo mocno. Koniec z pętelką wisiał teraz tuż nad twoją głową. Posunęłaś do salonu i sięgnęłaś po kartkę i długopis. Napisałaś na niej:

Drogi Calumie!
Chciałabym powiedzieć ci, że bardzo cię kocham pomimo wszystkich kłótni, że zawsze będziesz w moim sercu. Kocham cię, ale nie potrafię już tak żyć... Nigdy nie ma cię w domu... 
Postanowiłam, więc, że popełnię samobójstwo... Tak będzie lepiej... Tylko najbardziej szkoda będzie mi naszej kochanej córeczki, która nigdy nie zobaczyła koloru różowego... ani żadnego innego... 
Kocham cię, [T.I] xx

Rozpłakałaś się. Wzięłaś do rąk papier i pokierowałaś się do łazienki. Kartkę położyłaś na ziemi, tuż pod twoimi bosymi stopami. Ustałaś na toalecie i przełożyłaś głowę przez pętelkę. Zacisnęłaś i przed zeskokiem wypowiedziałaś te słowa:
- Jesteście dla mnie całym światem...

***

- [T.I]... Dlaczego...? - czarnooki szepnął cichutko - Dlaczego? Dlaczego?! - wydarł się najgłośniej jak tylko mógł. Pochylił się nad twoją trumną. Łzy leciały mu strugami po policzkach. Nie mógł nad tym zapanować. Nie potrafił. Za mocno cię kochał. Rozryczał się jak mały chłopczyk, który zgubił się w centrum handlowym.- Cal... - szepnął Luke podchodząc do skośnookiego bliżej. Złapał za jego bark na znak pocieszenia - To nie twoja wina...
- Jak to nie moja, Luke?! - odwrócił się twarzą do blondyna. Jego oczy były całe spuchnięte od słonych jak sól łez - To przeze mnie się powiesiła! To przeze mnie nigdy nie dowiem się jak wyglądała moja córka! To przeze mnie moja królewna nie żyje! To wszystko przeze mnie... - wtulił się w niebieskookiego jak w misia. Potrzebował ciepła. Potrzebował go nie tylko od przyjaciół z zespołu, ale też od ciebie, ale ciebie już tam nie było. Nie oddychałaś. Nie żyłaś. Zniknęłaś.
- Już dobrze, stary... Będzie dobrze... - potarł dłonią o plecy chłopaka i poklepał je delikatnie.
Reszta pogrzebu przemilczał w ciszy. Było słychać tylko głos księdza. Nikogo więcej.

*miesiąc po pogrzebie*
Calum przyszedł na twój grób. Złożył na nim piękne białe róże. Zasiadł na obok znajdującej się ławce. Zaczął myśleć. Trasę odwołano ze względu na twoją śmierć. Fani nie mieni tego za złe. Wiedzieli w jakiej sytuacji jest skośnooki. Zrozumieli to. Chłopacy z zespołu wspierali Cala jak tylko mogli. Bardzo mu ciebie brakowało. Zapomniał jak pachniesz. Jak brzmi twój śmiech. Jak wyglądasz. Nie mógł pocałować twoich ust. Nie miał do ciebie żadnego dostępu. Płakał dniami i nocami. Nie mógł zapomnieć i nigdy nie zapomniał, że cie znał.

piątek, 3 kwietnia 2015

Luke ;)

Czy kiedykolwiek czułaś się samotna? Nie miałaś do kogo się odezwać? Czułaś, że ośmieszyłaś się najmocniej niż kiedykolwiek?
Tak też czujesz się teraz... Czułaś, że nie masz dla kogo żyć... Chciałaś opuścić ten świat... Przecież... i tak nikt by za tobą nie płakał... Nikt by o tobie nie pamiętał... Wszystkie pozytywne wspomnienia zniknęły... Rozpuściły się niczym cukier w wodzie... Nie ma po nim najmniejszego śladu... Tak też było z pozytywnymi stronami twego życia... 
Zawsze byłaś uśmiechnięta... Banan z twych ust nigdy nie znikał... Gdy przyszłaś smutna do szkoły, wszyscy się na ciebie patrzyli. Widać, że rano płakałaś, ponieważ tusz do rzęs pozostawił smugi na twych bladych policzkach...
Kiedy znalazłaś się już pod klasą, oparłaś się plecami o ścianę i zsunęłaś się by usiąść. Kolana przyciągnęłaś do klatki piersiowej, ręce znalazły się na nogach, a głowę umiejscowiłaś na rękach. Zaczęłaś płakać. Szlochać i podciągać nos. Było ci cholernie smutno. W pewnym momencie poczułaś, że czyjaś ręka dotyka twego ramienia. Podniosłaś głowę by dowiedzieć się kto próbuję podnieść cię na duchu. 
- Hej, wszystko w porządku? - blondyn uśmiechnął się bezradnie.
- Tak, nie przejmuj się mną, szkoda czasu - wymusiłaś uśmiech - Pewnie masz ważniejsze rzeczy do roboty, więc nie marnuj na mnie czasu... 
- Co ty wygadujesz, dziewczyno?! - schylił się i klęknął by być bliżej ciebie.
- Odejdź, proszę, tak będzie lepiej... - pokręciłaś głową błagalnie.
- Nie ruszę się stąd do póki nie powiesz mi o co chodzi... - złapał twoje dłonie i potarł swoje o twoje by cię rozgrzać.
- Długa historia... 
- Mów... - jego błękitne tęczówki stały się... mokrzejsze?
- Po prostu... Chcę umrzeć... - coraz słabiej widziałaś chłopaka. Jakby mgła nastała w twych oczach. To przez łzy, które teraz wylewały się spod twoich oczu.
- Hej... nie płacz... - otarł kciukami twe policzki. W tym momencie nastąpił hałas, który sygnalizował dzwonek na lekcje - Widzimy się później? - skinąłeś. Blondyn wstał i podał ci rękę by pomóc ci się podnieść. Z jego pomocą stałaś teraz na dwóch nogach.
- Dziękuję... - wyszeptałaś.

***

Sobota. Umówiłaś się na spotkanie z Lukiem. Od kiedy przeprowadziliście swoją pierwszą rozmowę minął miesiąc. Staliście się najlepszymi przyjaciółmi. Kilka razy nawet udało mu się ciebie rozśmieszyć. Innym członkom rodziny nigdy się to nie powiodło. Z czasem zaczynałaś czuć do niebieskookiego coś więcej... Zauroczenie?
Od Luke: Hej, gotowa?
Do Luke: Jeszcze nie, jeszcze 10 minut i wychodzę, obiecuję! ;)
Od Luke: W porządku, czekam :*
Na "przyjacielskie spotkanie" włożyłaś czarną sukienkę przed kolano oraz wysokie trampki przed kolano. Wyglądałaś trochę jak emo. Makijaż jak zawsze ten sam... Tusz ciągnący się po policzkach.
- Mamo! Wychodzę! - krzyknęłaś by poinformować rodzicielkę, że opuszczasz dom.
- Dobrze, tylko nie wróć za późno!
- Ok... - wywróciłaś oczami, wiedząc, że i tak wrócisz grubo po północy. Gdy przekroczyłaś próg drzwi, było już ciemno. Takie klimaty uwielbiałaś.
Do Luke: Cześć, jestem już pod moim domem... Teraz idę w kierunku parku, jak coś ;p
Od Luke: Ok, już tam idę c; Do zobaczenia :D
Uśmiechnęłaś się pod nosem i wyruszyłaś w określone miejsce. Po kwadransie byłaś w określonym celu. Kiedy spostrzegłaś sylwetkę Luka przyśpieszyłaś kroku. Kiedy byłaś już od niego 10 metrów od krzyknął do ciebie:
- [T.I]! Nie podchodź! Uciekaj! - zaczął się szarpać, a dopiero w tamtej chwili zauważyłaś, że ktoś za nim stoi i trzyma go od tyłu przystawiając nóż do gardła.
- Luke! - chciałaś podbiec bliżej aby mu pomóc, lecz ktoś owinął swoją dłoń wokół twojej talii uniemożliwiając jakikolwiek ruch.
- [T.I]! Uciekaj! - napastnik twojego przyjaciela zaciągnął go pod drzewo gdzie rzucił nim jakby był zabawką.
- Cholera... - zaklnęłaś pod nosem gdy do twoich uszu dobiegały wołania o pomoc. Słyszałaś uderzenia. Najwyraźniej mężczyzna bił chłopaka.
- Luke! Luke! - szarpałaś się. Nie znajomy, który cię trzymał wyszeptał jedynie:
- Nie pomożesz mu... - zrobiło ci się słabo. Zemdlałaś.

***

Obudziłaś się na trawie. Leżałaś nie wiedząc co się dzieje. Podniosłaś głowę. Byłaś w parku. W tym samym gdzie byłaś wczoraj. Nagle przypomniało ci się, że pobito Luka. Wstałaś jak poparzona i pobiegłaś pod drzewo. Wszystko cię bolało, ale na pewno bardziej bolało chłopaka, który był cały we krwi. Gdy zobaczyłaś w jakim jest stanie niebieskooki złapałaś za telefon, który nie wiadomo jakim cudem jeszcze miałaś przy sobie.
- Nie dzwoń... Proszę... - usłyszałaś cichą prośbę od strony blondyna.
- Luke, muszę... Krwawisz...
- To nic... Chodźmy do domu... - chłopak próbował się podnieść, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Pomogłaś mu więc. Przełożyłaś jego rękę o swój bark i posunęliście w stronę twojego domu.
- Chodźmy do mnie... - szepnął Luke.
- Do mnie mamy bliżej. Wykrwawisz mi się na rękach...
- Chodźmy do mnie... - powtórzył. Skinęłaś i wyruszyliście w stronę mieszkania chłopaka. Podróż minęła w ciszy. Przechodnie patrzyli się na was z zaciekawieniem. Po nieokreślonym czasie byliście już na miejscu. Przekroczyliście próg drzwi i bez chwili zastanowienia poszliście do łazienki gdzie znajdowała się apteczka.
- Jakie szczęście, że rodziców w domu nie ma - zaśmiał się cicho poszkodowany.
- Rzeczywiście śmieszne... A teraz powiedz mi o co chodziło... - wyjęłaś apteczkę z szafki, a chłopak usiadł na wannie.
- Długa historia... - przypomniały ci się twoje słowa sprzed miesiąca.
- Czyli mi nie powiesz... ?
- Nie. Ty też mi nie chciałaś powiedzieć o co chodziło...
- Ale ja nie zostałam pobita... - wyciągnęłaś wodę utlenioną i zaczęłaś przemywać rany na twarzy blondyna.
- Czy to coś zmienia?
- Oczywiście, że tak... Powiedz... Proszę... - nalegałaś, lecz niebieskooki wciąż trzymał na swoim. Odpuściłaś. Dobrze wiedziałaś jaki jest. Cały czas trzyma na swoim. Przemyłaś już całą twarz chłopaka oprócz ust - Uwaga, teraz będzie piekło najbardziej - ostrzegłaś blondyna. Przyglądał ci się z jaką precyzją oczyszczasz jego rany. Jego tęczówki skupiły się na twoich. Od czasu do czasu zerkałaś na błękitne źrenice, lecz byłaś za bardzo speszona by wasz wzrok trwał dłuższą chwilę. Po przeprowadzonej operacji uśmiechnęłaś się do chłopaka.
- Pocałuj mnie... - poprosił, a ty bez zastanowienia splotłaś wasze usta w jeden nieśmiały pocałunek. Gdy oderwaliście od siebie twarze Luke oblizał usta na co zachichotałaś - A tak w ogóle to ładnie wyglądasz - uśmiechnął się.
- A dziękuję, ty też nie najgorzej - odwzajemniłaś gest.

***

Od dwóch tygodni Luke nie zjawiał się w szkole... Twój chłopak o niczym cię nie informował. Gdy dzwoniłaś do niego, on nie odbierał. Po codziennej męczarni w budynku, który miał cię edukować, postanowiłaś wybrać się do jego domu. Otworzyła ci Liz, mama blondyna.
- Dzień Dobry, zastałam Luka? - uśmiechnęłaś się przyjaźnie, a twoja przyszła teściowa popatrzyła na ciebie pytająco.
- Jak to? To on nie jest z tobą? - spytała się zdziwiona.
- Nie... Od dwóch tygodni nie ma go w szkole. Nie odbiega telefonów, ani nie odpisuje na SMSy...
- O Mój Boże... - blondynka zakryła dłońmi usta i oparła się o ścianę.
- Wszystko w porządku... ?
- Gdzie Luke? Gdzie mój syn... ? - była bliska płaczu.

***

Pogrzeb. Okazało się, że ci sami mężczyźni ponownie napadli na niebieskookiego. Nie chciałaś nic powiedzieć policji. I tak to nic by nie dało... Nie widziałaś wtedy ich twarzy... To było by bez sensu... Ubrana byłaś w ten sam komplet co tamtego wieczoru gdy miałaś się spotkać z nim w parku. Nie tamowałaś łez ani przez chwilę. Nie wstydziłaś się tego. Teraz osoba której mogłaś wszystko powiedzieć, zniknęła. Nie było jej już...
Nastąpił czas na przemowy... Twoja kolej... Wyszłaś na podest... I wzięłaś głęboki wdech...

- Nazywam się [T.I]...
Lucas Robert Hemmings był wielką, przeklętą przez gwizdy miłością mojego życia. Przeżyliśmy dużo wspaniałych chwil i prawdopodobnie nie uda mi się o nich powiedzieć nawet jednego zdania bez wypuszczenia jednej łzy. Jak wszystkie prawdziwe opowieści o miłości nasza umrze razem z nami. Tak, jak powinna. Nie ma nikogo innego, kto...  
Może nie będę opowiadać o naszej miłości, bo... 
Więc zamiast tego, będę mówić o matematyce...
Nie jestem matematyczką, ale tyle wiem:
Istnieje nieskończony szereg liczb pomiędzy zero i jeden... Jest 0.1, 0.12... 0.112... i nieskończona kolekcja innych. Oczywiście, pomiędzy zero i dwa jest większy nieskończony szereg liczb. Albo pomiędzy zero i milionem. Niektóre nieskończoności są po prostu większe niż inne...

I w tym momencie zaczęłaś krztusić się  łzami. Nie wytrzymałaś napięcia... Wybiegłaś z cmentarza. Pobiegłaś do parku gdzie zamordowano Luka. Wyciągnęłaś żyletkę z buta i zaczęłaś się nią ciąć. Przecięłaś żyły tak mocno, że dostałaś krwotoku. Wykrwawiłaś się na śmierć.
Popełniłaś samobójstwo z miłości...