Pierwszy wrzesień. Nowa szkoła. Nowe znajomości. Nikogo nie znasz oprócz siebie. Stałaś przed drzwiami do budynku, który nie był ci znany. Postanowiłaś przełamać się i postawić krok w liceum do którego zapisali cię twoi rodzice. Na pierwszy rzut oka wszyscy wyglądali na miłych i uprzejmych, ale oczywiście w każdej szkole musi być czarna owca. Szłaś wolno korytarzem rozglądając się na prawo i lewo poszukując klasy z numerkiem 10. Za kwadrans miały odbyć się tam twoje pierwsze zajęcia. Poszukiwania poszły na marne. Pod nosem mówiłaś do siebie:- Gdzie jest ta klasa? Musi gdzieś tu być...
- Szukasz czegoś? - zapytał głos zza twoich pleców. Wzdrgnęłaś gdy go usłyszałaś.
- Jezu! Nie strasz mnie! - odwróciłaś się, a twoim oczom ukazał się wysoki chłopak, który przypominał Azjatę lecz nim nie był. Byłaś pewna, że jest od ciebie starszy.
- Calum - uśmiechnął się i podał dłoń w geście powitania.
- [T.I] - rzekłaś nieśmiało - Słuchaj, mógłbyś mi powiedzieć gdzie znajdę salę 10?
- Tak, pokażę ci, bo szkoła jest duża i mogłabyś się zgubić, a tego chyba nie chcesz, prawda?
- Tak, nikt by nie chciał - zarumieniłaś się - To prowadź - zaczął iść przez masę krętych korytarzy, a ty wlekłaś się za nim. Po drodze masę starszych uczniów gapiło się na was jak na mięso. Chyba Calum musiał być jednym z tych popularniejszych chłopaków w szkole. Ale to i tak nie miało znaczenia, bo przecież miał pokazać ci tylko salę.
- To tutaj - wskazał na drzwi z podaną przeze mnie cyfrą.
- Dziękuję - uśmiechnęłaś się i już miałaś wejść do klasy ale Azjata złapał cię za ramię i tym samym unieruchomił.
- Widzimy się później? - zszokował cię tym.
- T, t, t, t, tak, jasne - zaczęłaś się jąkać - Gdzie?
- Przed szkołą o 11.00, ok?
- Ok, do zobaczenia - puścił cię, a ty powędrowałaś do sali. Ciepło przyjęła was wasza nowa nauczycielka. Zaczęła swój monolog o nowym roku szkolnym i jak bardzo cieszy się, że ma tak wspaniałych uczniów w swojej nowej klasie. Mniejsza. Miałaś ochotę już wyjść, bo nie lubiłaś tej atmosfery gdzie nie znasz nikogo i nie masz z kim porozmawiać. Skończyła. Wyszłaś z ulgą i pokierowałaś się w stronę wyjścia. Nad drzwiami wyjściowymi wisiał zegar, który wskazywał 10.50. Paplanina wychowawczyni trwała godzinę. Teraz rozszyfrowałaś zagadkę dlaczego tak czas ci się dłużył. Nagle przypomniało ci się o Calumie i spotkaniu. Kontynuowałaś wyjście ze szkoły. Znalazłaś się już na świeżym powietrzu. Niespodziewanie ktoś zakrył ci oczy dłońmi. Zorientowałaś się, że to Calum po jego głosie.
- Zgadnij kto to? - zaśmiał się.
- Znowu?! Chcesz, żeby dostała zawału?! - roześmiałaś się.
- Przepraszam... - zrobił smutną buźkę.
- Wybaczam - uśmiechnęłaś się i przytuliłaś się do niego - Co robimy?
- Pizza, lody, kino? Co chcesz? - zaproponował.
- Spacer?
- Może być - objął cię w pasie i wybraliście się do pobliskiego parku. Spacerowaliście tak przez godzinę, może dwie. Nie pamiętasz. Miałaś z nim wiele wspólnych tematów.
- Dziękuję ci za ten dzień - pokazałaś szereg białych zębów - ale muszę już iść.
- Ja też ci dziękuję - przytulił cię i ucałował w czoło - Widzimy się jutro? - skinęłaś i odeszłaś z żalem, bo bardzo chciałaś zostać z nim jeszcze choć przez chwilę, ale zakazany owoc smakuje najlepiej. Następnego dnia znów spędziłaś czas z Calem. Minęły trzy lata odkąd się znacie. Przyszedł ten dzień w którym chłopak oświadcza się dziewczynie. Wybraliście się do Disneylandu. To było twoje marzenie. Był to dzień waszej rocznicy.- [T.I], wyjdziesz za mnie? - klęknął przed tobą nie spodziewanie, a ty zakryłaś dłońmi usta z wrażenia.
- Oczywiście! - pisnęłaś ze szczęścia. Minęły dwa tygodnie od waszego ślubu. Kupiliście dom z dużym ogrodem. Zaszłaś w ciążę. Dziewczynka. Po porodzie nazwaliście ją Cassidy. Była śliczna. Miała duże brązowe oczka i delikatne czarne włoski. Jednym słowem: czysty tatuś. Byliście najszczęśliwszą rodziną na świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz